Dobry wiatr i metafizyka

Przemysław Tarnacki – wybitny żeglarz i znawca jachtingu, wielokrotny mistrz świata i Polski w różnych klasach żeglarskich. Właśnie wrócił ze swoją załogą OCEAN CHALLENGE YACHT CLUB z regat ROLEX FASTNET RACE, skąd przywiózł najszybszy czas polskiej załogi w historii polskiej bandery. Powiedział nam, że trofeum z FASTNET ma dla niego wymiar metafizyczny.

 

 

rozmawia Marzena Mróz

Jak wygląda trofeum, które przywiozłeś właśnie z zawodów Rolex Fastnet Race?

To trofeum ma wymiar metafizyczny. Z Fastnet przywozimy najszybszy czas polskiej załogi w historii. Ukończyliśmy te trudne regaty w 2 dni, 2 godziny, 39 minut i 51 sekund. Byliśmy również pierwszą polską załogą na mecie spośród rekordowych pięciu, jakie stanęły w tym roku na starcie, w gronie 394 jachtów z całego świata. To jest absolutny rekord polskiej bandery!

Domyślam się, że niełatwo było zakwalifikować się do tego wyścigu.

To prawda. Kiedy w styczniu w Internecie zaanonsowano rozpoczęcie zapisów na te regaty, już po 4,5 minuty 400 miejsc zostało wyprzedanych. Żeglarstwo morskie przeżywa dziś na świecie prawdziwy renesans. Na starcie spotkaliśmy się z największymi teamami zawodowymi i półamatorskimi – takimi jak nasza załoga. Udział w wyścigu wzięły również 3 jachty prestiżowej klasy Volvo Ocean 65, znanej z ostatniej edycji regat wokółziemskich Volvo Ocean Race. I my, pierwsi w tym gronie, przypłynęliśmy na metę.

Gratulacje! Imponujący wyczyn. Tym bardziej że Rolex Fastnet Race to jedne z najbardziej prestiżowych regat świata. Na czym polega ich specyfika?

Przede wszystkim odbywają się na bardzo skomplikowanym akwenie. Do pokonania było 608 mil morskich. Startowaliśmy z Southampton, dalej cieśnina Solent – trasa wiedzie między wyspą Wight a południowymi rubieżami Wielkiej Brytanii. Następnie kierowaliśmy się na słynną latarnię morską w Fastnet – tuż u wybrzeży Irlandii, przemierzyliśmy Morze Celtyckie i z powrotem – meta jest już trochę bliżej, bo w Plymouth, w Kornwalii. Przepiękne miejsca, wody pływowe, dużo prądów morskich no i dużo wiatrów znad Szkocji i Irlandii, które czasami mogą doprowadzić do katastrofy, jak to miało miejsce w 1979 roku, gdy podczas regat Fastnet zginęło 15 żeglarzy. W tym roku przypada 40-lecie tych wydarzeń i w Cowes odbyła się specjalna msza święta w intencji żeglarzy.

Wiał wam dobry wiatr?

Wystartowaliśmy z cieśniny Solent na umierającym wschodnim wietrze, a potem przyszedł odwrotny front znad Atlantyku, który zdusił to, co było do tej pory. Do tego stopnia, że w nocy staliśmy przez 4 godziny w miejscu. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie rzucić kotwicy, ponieważ prądy były akurat przeciwko nam i mogło się zdarzyć, że znosiłoby nas do tyłu. Po drodze, w piątej godzinie regat, myślałem, że nasz start zakończy się tragicznie. Uderzyliśmy wtedy bardzo mocno w niezidentyfikowany obiekt. Prędkość od razu spadła nam o połowę, z 18 do 9 węzłów, wiedziałem, że mamy coś zaplątanego na naszej płetwie. Musieliśmy się zatrzymać, a następnie popłynąć do tyłu, żeby ten balast odpadł.

Co to było?!

Widziałem w wodzie coś dużego, wydaje się plastikowego, w kolorze białym i niebieskiem. Albo duża ryba, albo plastikowy worek, który spadł ze statku.

Mówisz, że mieliście podczas regat Fastnet dobry wiatr. A czy uśmiechnął się do was także łaskawy los? A może zwycięstwo było jednak efektem ciężkiej pracy?

Mówi się, że los uśmiecha się do tych, którzy mu pomagają ciężką pracą. My przygotowywaliśmy się do tych regat półtora roku. Kilka lat temu, zakładając Ocean Challenge Yacht Club, podjęliśmy się zadania wystawiania w prestiżowych regatach morskich załóg profesjonalno-amatorskich. To nie jest łatwe wyzwanie, bo trzeba połączyć ze sobą dwa światy. Ale mamy szczęście do wyjątkowych ludzi. Wiele już w życiu osiągnęli, a teraz chcą spróbować morskiego żeglarstwa regatowego w najlepszym wydaniu. W załodze znaleźli się m.in. Tadeusz Wesołowski i Damian Raciniewski – mieszkańcy apartamentowca Cosmopolitan w Warszawie – którzy startowali w Fastnet na jachcie, na którym niewielu zawodowych żeglarzy w Polsce miało okazję popłynąć. Są to bardzo odważni ludzie, którzy zamiast spędzać wakacje w dowolnym miejscu na świecie wchodzą w nieznane, nieraz narażają się, podporządkowują żywiołom, aby stać się po kilkunastu dniach wspaniałym teamem. Bo żeglarstwo to jest laboratorium ludzkich doświadczeń i postaw. Należycie skonsumowane sprawia, że jesteśmy po prostu lepszymi ludźmi.

 

 

Swoją ekipę wsparłeś również tym razem o mocne nazwiska żeglarzy zawodowych. Popłynęła z wami światowa czołówka.

Nie lubimy tracić czasu, lubimy się szybko uczyć. W klubie zawsze dbamy, żeby kadra zawodowa była najwyższego formatu. Tym razem zaprosiliśmy na nasz jacht żeglarzy, których nazwiska znamy z okładek gazet od wielu lat. Brian Thompson, czterokrotny uczestnik regat samotników non stop dookoła świata, zwycięzca Volvo Ocean Race, który ustanowił 34 rekordy oceaniczne! I to wcale nie chodzi o budżety, bo na Briana chrapkę miały wszystkie zawodowe teamy na Fastnet. Ale chodzi o to coś więcej. Brian jest niesamowitą osobowością, obdarzoną potrzebą dzielenia się swoją wiedzą z innymi. Dla mnie, jako żeglarza zawodowego, to było wspaniałe doświadczenie, jeśli chodzi o kompetencje, warsztat i jakość pracy. Był z nami również doskonały duński żeglarz Nicolai Sehested, mój przyjaciel z Match Racingu, rekordzista świata dobowego przelotu na tych właśnie jachtach.

Na jakim jachcie osiągnęliście swój sukces?

Wyczarterowaliśmy jednostkę z pierwszej linii najlepszych dostępnych aktualnie na świecie. W pełni carbonowa maszyna z ostatniej edycji regat Volvo Ocean Race dookoła świata. Prawdziwe zwierzę – 650 metrów kwadratowych żagli w kursie pełnym, rozpędzaliśmy ją do prędkości 27 węzłów. A jednocześnie jest to jacht bardzo czuły na każdy ruch sterem. Jest tylko 6 takich na świecie.

Internet obiegła informacja o niezwykłej podróży twojej kurtki, którą straciłeś podczas regat Rolex Fastnet Race. Co za historia!

W ostatnich godzinach wyścigu zwiało mi z pokładu kurtkę z telefonem i śniadaniem. Odnalazł ją po 15 dniach Laurence Mckenna na plaży, na wyspie Portland, oddalonej od miejsca zdarzenia o 150 km. Co ciekawe, telefon wciąż działał. Kurtka zostanie podpisana przez całą załogę, włożymy ją w ramki i przekażemy Jurkowi Owsiakowi, na kolejną aukcję WOŚP.

Były podczas rejsu momenty grozy?

We mnie stres narastał od połowy wyścigu. Kiedy to wypracowaliśmy sobie na tyle dużą przewagę, że mogliśmy komfortowo wieźć ją do mety. Bo kiedy chcesz trafić na czoło wyścigu, musisz się wykazać odwagą, a nawet brawurą. Ale jeśli już prowadzisz, to trzeba stosować taktykę bardziej konserwatywną, pilnować swego. Tym bardziej że załoga była coraz bardziej zmęczona, a fala coraz większa. W drugą noc regat my właściwie przelecieliśmy nad Morzem Celtyckim. Pokonaliśmy je w 9 godzin, choć zwykle trzeba na ten odcinek poświęcić 17 godzin. Mknęliśmy niczym ślizgaczem! Członkowie załogi, którzy wtedy nie pracowali, nie mogli spać, ponieważ trzęsło jachtem – w każdą stronę. To przecież jest pusta muszla carbonowa, która doskonale rezonuje nawet najsłabszy dźwięk. I ja się wtedy zacząłem bać o ludzi. W środku nocy fale przelewały się przez cały jacht. Nie chciałem nikogo zgubić, szczególnie dzielnych żeglarzy z departamentu dziobowego, którzy często podmieniali żagle nadludzkim wysiłkiem. Wszyscy byliśmy przypięci do jachtu, mieliśmy na sobie kamizelki ratunkowe z sygnalizatorami satelitarnym. Ale to był dla mnie na pewno największy stres – nie zgubić nikogo po drodze i dowieźć nasze powodzenie do mety.

Jakie cechy wyrabiałeś w sobie, żeby móc brać udział w zawodach – wygrywać i przegrywać?

Więcej regat przegrałem w życiu, niż wygrałem – paradoksalnie – posiadając kilka tytułów mistrza świata i kilkadziesiąt tytułów mistrza Polski. Ale tak to już jest w sporcie zawodowym. Jeżeli chcesz wygrywać, musisz nauczyć się przegrywać. Nie ma innej drogi. Musisz być za pan brat z uczuciem porażki i emocjami, które towarzyszą takim chwilom. Musisz się nauczyć wstawać po nich i – co najważniejsze – wyciągać właściwe wnioski. Bo nic tak nie buduje kompetencji jak przegrana właśnie.

Czasy dzieciństwa dały ci siłę. Spędziłeś je na Seszelach, pod okiem taty kapitana.

W połowie lat 80. wyjechaliśmy z szarego PRL-u na wysepkę Praslin, a następnie na La Digue otoczone rafą koralową i turkusowymi wodami Oceanu Indyjskiego. Byłem jedynym białym dzieckiem w szkole na plaży, pod palmą. Do szkoły chodziliśmy w uniformach, ale boso. Co roku staram się wracać na Seszele. Odwiedzam tam zawsze moją wychowawczynię miss Joseph Lesperance, która została niedawno dyrektorką szkoły. Przywożę jej czekoladki Wedla, które bardzo lubi.

Jaki był wasz dom? Chatka z liści i muszle w ogródku?

To był dom z cegły, z dachem z blachy falistej, która bębniła codziennie podczas spadającej na nią tropikalnej ulewy. Wychodziliśmy wtedy przed dom, braliśmy mydło i kąpaliśmy się na zewnątrz. Dom prowadziła mama. Po kolacji i kąpieli w oceanie przerabiałem z mamą program szkoły polskiej. Kiedy wróciliśmy do domu, trafiłem do podstawówki na gdańskiej Morenie i zaczęły się problemy. Bo z wyspy zamieszkałej przez 900 osób nagle znalazłem się w szkole, w której uczyło się 2600 dzieci. Przez jakiś czas trudno mi się było przystosować.

 

 

Kiedy zacząłeś żeglować?

Żeglowałem już na Seszelach, a kiedy wróciliśmy do Polski, tata zaprowadził mnie do swojego klubu Yacht Klub Stal Gdynia, w barwach którego wypłynął w swoje pionierskie regaty dookoła świata Whitbread Round the World Race w 1973 roku. Wsadził mnie tam na Optimista i pamiętam, że nie mogłem w nocy zasnąć z wrażenia.

Twój tata jest żeglarzem, żeglują również twoi bracia. Konkurencja jest duża – ktoś wygrywa, ktoś przegrywa. Ktoś jest liderem, a inni muszą ustąpić. Jak to jest w waszej rodzinie?

Konkurencję, która zdarzyła się kilka razy w życiu, zmieniliśmy w sposób naturalny na komplementarność działań. Lata temu, po sierpniowych mistrzostwach świata, na których starliśmy się z moim bratem Piotrem, żeglując w osobnych załogach, odezwaliśmy się do siebie dopiero w Wigilię. Dziś bardzo się wspieramy. Każdy z nas ma swoje mistrzostwa, zasługi i porażki. Tata, który jest konstruktorem jachtów, też wciąż dużo żegluje sam i z nami. Rok temu był z Piotrem na Legends Race, teraz z nami na Fastnet, wziął udział w naszych treningach w Solent. Wzruszył się, bo ostatni raz był w cieśninie Solent 40 lat temu, podczas Admiral’s Cup. Nie wystartował wtedy w feralnym Fastnet, teraz ja rodzinnie dopełniłem dzieła. Tata czekał na mnie w Plymouth. Fantastyczne, przejmujące uczucie.

A teraz do gry wkracza jeszcze twój syn, 8-letni Staś.

Nigdy nie pchałem go w kierunku żeglarstwa, zobaczymy, jak będą się rozwijały jego zainteresowania. Chciałbym, żeby spędzał czas nad wodą. Stach uwielbia jeździć na regaty match-racingowe, jest już stażystą w komisji sędziowskiej, pokazuje flagi góra-dół na mecie. Widzę, że sport sprawia mu dużo radości. Trenuje gimnastykę sportową 5 razy w tygodniu, jest w reżimie, a to ważne dla młodego człowieka, szczególnie dziś.

Gdzie jest twój dom?

Kiedyś mój tata zadał takie samo pytanie znajomemu na Seszelach. Luc odpowiedział: „Tam, gdzie są moje książki”.  I coś w tym jest. Dom jest tam, gdzie są mój syn, rodzice i bracia, moja partnerka. To jest trójkąt między Sopotem, Gdańskiem a Warszawą.

Masz swoje ulubione miejsca w Warszawie?

Lubię okolice placu Grzybowskiego, tereny nadwiślańskie i Stary Mokotów.

Patrzysz na Wisłę w Warszawie i pewnie myślisz: „popłynąłbym!”?

Jak tylko widzę wodę, zaraz bym chętnie do niej wskoczył. Ale Wisła to trudny żeglarsko akwen, są na nim duży prąd i mało wiatru. Mimo wszystko rozważamy z synem zakup kajaka.

Pewnie mógłbyś zamieszkać w wielu innych pięknych miejscach na świecie. Rozważałeś taką możliwość?

Jest kilka miejsc na świecie, w których będąc, zastanawiałem się: „A może by tu?”. Karaiby, Saint-Barthélemy, Seszele, Prowansja, Tasmania. Na razie książki są tu ze mną, ale myślę, że na jesień życia trzeba będzie załadować je do skrzyni i zawieźć nad Morze Śródziemne. Kultura śródziemnomorska jest mi bardzo bliska.

W tym roku jeszcze ważne zawody przed tobą.

Wezmę też udział w Rolex Middle Sea Race na Malcie, zamykając tym samym pierwszą edycję Morskiej Korony Rolexa. Startujemy na tym samym jachcie i z tą samą załogą. Wcześniej jeszcze biorę udział w Sopot Match Race – regatach, które sam sprowadziłem nad Bałtyk.

Dwie ostatnie edycje Sopot Match Race wygrałeś. Jak znajdujesz motywację, żeby znów przystąpić do zawodów i zawalczyć o hattrick?

Przyjeżdżamy na regaty cały czas głodni. Bo przecież wczorajsze nagłówki gazet dziś już nie są aktualne. Walczymy o zwycięstwo każdego dnia, w każdym wyścigu, jakby był naszym ostatnim. Match racing przypomina tenisa, gdzie od jednej piłki zależy wygrana lub przegrana. U nas jest bardzo podobnie, wygrana może zależeć od jednego zwrotu na ostatniej boi. To są niuanse. Jak ci się ręka zatrzęsie – przegrałeś. Fascynuje mnie ekspozycja, na jaką narażają się sportowcy. Uwielbiam to ciśnienie, to uczucie niepewności o poranku, kiedy idziemy do jachtów. Wszystko jest wtedy możliwe. Dlatego trzeba wciąż pompować do krwi świeży tlen. I w sporcie, i w życiu.

Dziękuję za rozmowę. 

 

Przemysław Tarnacki ukończył Sopot Match Race 2019 na 6. miejscu, ulegając w finale swojemu mistrzowi Karolowi Jabłońskiemu 1:3 w ćwierćfinale. Zawody wygrał team Erica Monnina ze Szwajcarii.
0
500